Tamara Zwierzyńska-Matzke, Sven Matzke

Czasami wołam w niebo

© 2002


Wstęp

Tamarę Zwierzyńską spotkałem w październiku 1992 roku w Lilie, gdzie studiowaliśmy oboje przez dwa semestry. Mieszkaliśmy w tym samym akademiku. Bliżej poznaliśmy się w studenckiej grupie teatralnej. Graliśmy małżeństwo. Parą w życiu staliśmy się dopiero tydzień przed naszym wyjazdem z Francji.

To lato spędziliśmy razem w Polsce. Tamara znalazła pracę w Warszawie i zaczęła wieczorowe studia dziennikarstwa. Ja kontynuowałem naukę w Berlinie. Rozłąka. Tęsknota. Od początku byłem pewien, że znalazłem moją miłość, partnerkę na całe życie. Gdy tylko mogłem, jechałem do Warszawy. Zwiedzaliśmy z Tamarą kraj, ja poznawałem ludzi, uczyłem się języka. Wkrótce rozmawialiśmy już tylko po polsku.

W roku 1995 Tamara zaczęła pracę w telewizji publicznej. Trafiła do Ekspresu Reporterów. Jej reportaże opowiadały o bezdomnych, emerytach, młodzieży itd. Chciała pokazywać historie o ludziach. Marzyła o filmie dokumentalnym, o fabule i łódzkiej szkole filmowej. Po dwóch latach jednak, zmęczona biurokracją i układami na Woronicza, odeszła z telewizji publicznej do nowo otwartej stacji TVN. Cieszyła się, że pracuje w młodym zespole.

Pobraliśmy się w czerwcu 1998 roku. Ślub cywilny w Niemczech, ślub kościelny w Zielonej Górze, weekend poślubny nad jeziorem. Najpiękniejsze dni w naszym życiu.

Jesienią Tamara została asystentką reżysera w pierwszej polskiej telenoweli dokumentalnej Szpital Dzieciątka Jezus. Ciężko pracowała cały rok. Od rana do wieczora w szpitalu. Była wszędzie: rozmawiała z chorymi, z lekarzami i pielęgniarkami, szukała bohaterów, dokumentowała ich historie i pisała komentarze do odcinków. Wieczorem, w domu, nie chciała o tym opowiadać. Była psychicznie i fizycznie wykończona. Pragnęła tylko spokoju. Kiedy praca nad serialem zbliżała się do końca, Tamara odetchnęła. Miała dość szpitala, choroby i cierpienia. Pod koniec września 1999 roku wyjechaliśmy na pięć miesięcy do Brukseli.

17 grudnia lekarze odkryli u Tamary raka jajnika. Leczenie odbywało się w Belgii. W maju 2000 roku lekarze mówili o zwycięstwie nad chorobą. Wtedy Tamara postanowiła podzielić się z innymi swoją historią: Zaczęłam pisać książkę. Nie wiem, czy coś z tego wyjdzie, ale chęci mam jak najlepsze. Chcę napisać o mojej chorobie, cierpieniu, o wszystkich upokorzeniach, w ogóle o tym, czego doznają ludzie chorzy na raka. Miała to być historia młodej kobiety, która ciężko choruje, ale szczęśliwie wraca do zdrowia. Miała to być książka nadziei. Stało się inaczej. Rak był silniejszy. Tamara umarła 2 grudnia 2000 roku w Niemczech.

Zostawiła początek i zakończenie planowanej książki oraz pamiętnik z czasu choroby. Przeczytałem go dopiero dzień przed jej śmiercią. W szpitalu. Wtedy nie mogliśmy już rozmawiać. Później czytałem pamiętnik wiele razy. Czułem, że Tamara napisała go nie tylko dla siebie lub dla mnie. Zrozumiałem, że może być ważny także dla innych. Ale nie od razu myślałem o publikacji. Pamiętnik wydawał mi się zbyt osobisty.

Wszystko zmieniło się w styczniu, po lekturze książki Ruth Picardie Before I Say Goodbye. Jest to historia angielskiej dziennikarki, która mając 32 lata dowiedziała się, że ma nieuleczalnego raka piersi. Kiedy umarła, jej bliscy z felietonów, jakie napisała o swoim życiu z rakiem, i korespondencji ułożyli książkę.

To dodało mi odwagi. Postanowiłem zebrać wszystko, co zostawiła Tamara. Najpierw przepisałem z jej pamiętnika jedynie fragmenty związane z chorobą. Te, gdzie pisze o nas, o naszej miłości, pominąłem. Szybko jednak zrozumiałem, że wszystko jest częścią jednej historii. E-maile, listy i fragmenty mojego pamiętnika są jej uzupełnieniem.

Nie wiedziałem tylko, jak opowiedzieć o ostatnich dniach Tamary. Jej pamiętnik urywa się w połowie października. Ostatni e-mail wysłała w połowie listopada, prawie dwa tygodnie przed śmiercią. Czy napisać posłowie? W końcu postanowiłem sięgnąć po mój pamiętnik. I powoli wszystko ułożyło się w całość – historię tego roku.

W czerwcu przyszedł moment, kiedy pokazałem pierwszą wersję tekstu rodzinie Tamary i najbliższym nam osobom. Wszyscy bardzo przeżyli lekturę. Wspierali projekt książki.

Mam wrażenie, że od samego początku Tamara czuwała nad wszystkim, inaczej trudno byłoby mi uwierzyć, że materiał tak dobrze się złożył i że już pierwsze wydawnictwo zechciało opublikować książkę.

Tamara nie napisała wprawdzie, co ma się stać z jej pamiętnikiem. W jej papierach znalazłem jedynie brulion listu do Działu Reportażu „Gazety Wyborczej”: Jestem dziennikarką telewizyjną. Choć nigdy nie pisałam, musiałam podzielić się swoją historią. Jeśli uważa Pani to za rzecz nieudaną, proszę wyrzucić do śmietnika. Tak będzie lepiej dla mnie i dla czytelników. Bardzo serdecznie pozdrawiam.

Książka, którą zaczęła pisać Tamara, miała dać chorym nadzieję. Ta, którą przygotowałem, kończy się umieraniem i nie może być źródłem nadziei.

Nie sądzę, by ktoś, kto sam walczy z chorobą, miał dość siły i chęci, żeby ją przeczytać. Ale może być ważna dla ludzi, którym rak kogoś zabrał. Którzy sami przeżyli niemoc, walkę, rozpacz i nadzieję. Może być dla każdego lekcją życia.

Tamara wypełniła swoją misję dokumentalistki do końca. Napisała dokument z czasu własnej choroby. W pracy zawodowej fascynowało ją życie innych. Umiała dotrzeć do bohaterów, których polubiła i szanowała. O serialu Szpital Dzieciątka Jezus pisała: Mam wrażenie, że historie opowiedziane zaczynają żyć własnym życiem, nie należą już do jednej osoby, stają się własnością moją, naszą. Los sprawił, że stała się bohaterką swojego ostatniego dokumentu. Obserwowała siebie w roli, której nie wybrała, w historii, na której przebieg nie miała wpływu. Jej historia, nasza historia staje się teraz waszą.

Tamara chciała przez swoją książkę przełamać […] zakłamanie wokół raka. Napisała: Chcę mówić, opowiadać, uczyć innych, ze w razie choroby muszą wierzyć i czuć się silni. Chory może być silny, kiedy ma dobrą opiekę medyczną. Tamara wolała nie myśleć o tym, jak przybiegałoby w jej przypadku leczenie w Polsce. Dzięki pracy przy realizacji Szpitala Dzieciątka Jezus doskonale znała polskie realia. W Belgii i w Niemczech zobaczyliśmy, jak ważna jest sprawna służba zdrowia. W sytuacji, w której chory i jego rodzina żyją w stałym stresie, rozpaczy i niepewności, dobrze jest wiedzieć, że zawsze ma się dostęp do lekarza, że w szpitalu będzie miejsce i że koszty leczenia pokrywa kasa chorych.

Duży wpływ na wyzdrowienie ma także samopoczucie i stan psychiczny chorego, a to w znacznym stopniu zależy od otoczenia. Rodzina, przyjaciele i znajomi powinni okazywać mu zrozumienie, nie dopuszczać, by miał poczucie winny, niższej wartości, by czuł się sam, bo to może być fatalne. Dobrze jest, gdy chory wie, co się z nim dzieje, i ma dostęp do informacji. Niewiedza może być źródłem strachu. W Polsce świadomość społeczna i stan wiedzy na temat raka ciągle są bardzo niskie. Choć niemal każdy zna kogoś, kto chorował na raka, pozostaje on tematem tabu.

W innych krajach, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, sytuacja uległa już zmianie. Przełom nastąpił po tym, jak Betty Ford i Nancy Reagan publicznie oświadczyły, że chorują na raka. Media i społeczeństwo brały udział w ich walce. W Stanach działają dzisiaj potężne organizacje pozarządowe na rzecz walki z rakiem. Wywalczyły nawet przeznaczenie części budżetu Ministerstwa Obrony na badania raka piersi i jajnika. Na stronach internetowych organizacji na rzecz walki z rakiem jajnika można na przykład znaleźć informacje o najnowszych metodach leczenia, adresy lekarzy specjalistów, lokalnych grup samopomocowych, działają specjalne numery telefoniczne. Mam nadzieję, że ta książka przyczyni się do zmiany sytuacji w Polsce. Może z choroby i śmierci Tamary wyniknie coś pozytywnego. Może kobiety, które przeżyły raka jajnika, zaczną się organizować i walczyć o poprawę profilaktyki, diagnostyki, leczenia. Szkoda tylko, że Tamara nie może do nich dołączyć.

Książka nie powstałaby bez wsparcia rodziny Tamary i moich rodziców. Za zgodę na opublikowanie prywatnej korespondencji dziękuję rodzeństwu Tamary – Ani i Rafałowi Zwierzyńskim, Asi i Jarkowi Błoniarzom, Kasi i Dominikowi Rudkowskim (Paciorki), Gunnarowi Walzholzowi, Ewie Mroczek, Basi Pawłowskiej, Kasi Kosowskiej, Emeline Carvou, Jagodzie Greli, Dagmarze Koronie. Chcę też wyrazić wdzięczność za pomoc w przygotowaniu książki Andrzejowi, Małgorzacie i Wojtkowi Saramonowiczom. Dziękuję wszystkim naszym przyjaciołom za to, że byli z nami w czasie choroby i że są ze mną po śmierci Tamary.

Sven Matzke

Książkę tę chciałabym poświęcić ludziom chorym na raka, mojemu cudownemu mężowi, moim rodzicom, Ani i Rafałowi, moim teściom, doktorowi Bondue, doktor Deleuse, doktorowi Karawanowi, którzy opiekowali się mną w czasie choroby (którzy uratowali mi życie)

Czasami wołam w niebo:
Dlaczego ja? Dlaczego właśnie ja?
I jest w tym tak wiele bólu,
żalu i potępienia samej siebie
za słabość tej rozpaczy.
Za niemożność bycia silną.
Człowiek, który ujrzał śmierć
siedzącą w zamyśleniu na fotelu,
ma w sobie ciszę.
Ciszę przejmującą.
Nie żaden strach.
Bo strach się skończył,
tak jak łzy.
Tylko życie trwa,
lecz nie wiadomo,
jak długo jeszcze.
Przed rokiem

Widzę siebie sprzed roku. Zabiegana dziennikarka, marząca o karierze, dobrej pracy, samorealizacji. Biegnę z głową zwieszoną w dół, nic nie istnieje, tylko ja i moje kłopoty. Jakiś człowiek krzyczy do słuchawki, że nie zrobiłam tego czy tamtego, inny próbuje zainteresować mnie swoją historią. Nie mam czasu. Nie mam czasu. Boże, kiedy ja odpocznę?

Pracuję jako asystent reżysera przy filmie dokumentalnym opowiadającym o szpitalu. Wiele odcinków, ciężka praca, która się nigdy nie kończy. Przychodzę do domu, siadam, wpatruję się w ścianę i rozmyślam o ludziach, których spotkałam. Widzę ich twarze, ich łzy i bezgłośną prośbę o pomoc. Jana, któremu kwas wypalił oczy. Stefana, któremu rak zabrał pół twarzy. Marka, który przestał wierzyć w lekarzy. Małą Anię, która ma raka kości i czeka na amputację nogi. Na potrzeby filmu spisuję ich historie, jedną po drugiej, są ich dziesiątki. Mam wrażenie, że historie opowiedziane zaczynają żyć własnym życiem, nie należą już do jednej osoby, stają się własnością moją, naszą.

Najtrudniejsze chwile przeżywam, kiedy kręcimy odcinek o śmierci. Czuję, że dotykamy czegoś, czego nie powinniśmy dotykać. Władysław umiera, ma raka prostaty. Miotam się wokół tego tematu, nie jestem przekonana o słuszności jego realizacji. Widzę żonę chorego krzątającą się w jego izolatce, widzę, jak go myje, jak czule z nim rozmawia. Marianna wierzy, że coś się jeszcze da zrobić. Wiem już, że nie będzie to jedynie odcinek o śmierci, ale również o miłości. I po raz pierwszy w życiu dłużej myślę o śmierci. Wcześniej, jak każdy, wolałam nie zastanawiać się nad nieodwracalnością losu. Ogarnia mnie paraliżujący strach przed chorobą, przed bólem, przed powolnym końcem sztucznie podtrzymywanego życia. Władysław umiera, a ja budzę się w nocy z krzykiem.


Są też odcinki o raku i nadziei. Małej Ani lekarze amputują nogę, a ja w domu modlę się długo, by choroba się zatrzymała. Z radością patrzymy, jak dziewczynka stawia pierwsze kroki na sztucznej nodze. Robię tysiące notatek, nie mogę uwierzyć, że Stefan, któremu lekarze kilka miesięcy temu dawali zero szans, żyje, żartuje i próbuje mnie poderwać. Raz tylko staję oko w oko z jego chorobą, doktor J. pokazuje mi twarz Stefana. Widząc ją, próbuję się dalej uśmiechać, ale nogi uginają się pode mną. Stefan nie ma połowy twarzy, nie ma nosa, warg, oka. Pod bandażem ukrywa wielką dziurę, przez którą można zobaczyć kość podstawy czaszki. Po tym wszystkim wychodzę ze szpitala, siadam na trawie i beznamiętnie wpatruję się przed siebie. Siedzę tak może godzinę, może dwie. Pielęgniarki widzą mnie ze swojej dyżurki i jedna z nich przynosi mi szklankę wody. Jest lepiej. Wracam do domu i próbuję nie myśleć.

Ostatnie miesiące naszej produkcji poświęcamy historiom ludzi chorych na raka. Teraz, przeglądając moje papiery z tamtego okresu, widzę, jak mało wiedziałam o tej chorobie. Chaotyczne notatki, coś tam o możliwościach terapii, jakaś chemioterapia, radioterapia, nieznane słowa, terminy. Jedyną rzeczą, jaka zapada mi w pamięć, jest chustka małej Ani, pod którą chowa swoją łysą głowę. Przypomnę sobie o tym kilka miesięcy później, kiedy chustka stanie się integralną częścią mojego życia.


Wrzesień-październik

Okazuje się, że jest możliwość wyjazdu na pięć miesięcy do Brukseli. Sven dostał staż w Parlamencie Europejskim, a ja potrzebuję odpoczynku i jadę z nim. A więc wreszcie koniec ze szpitalem, cierpieniem, rakiem… W euforii przygotowuję się do wyjazdu, ostatnie sprawy, bilety. I wtedy właśnie pojawia się pierwszy ból, kiedy zmęczona padam na brudne siedzenie w autobusie. Natłok myśli w mojej głowie. Bolą mnie jajniki, a więc jutro do ginekologa, to nie może być nic poważnego, bo niedawno robiłam badania. Cicho jęczę w pustym autobusie, tak chciałabym już być w domu. Nazajutrz idę do ginekologa, mówię o bólu, dopytuję się. „Boli, bo tak już jest na tym świecie – słyszę w odpowiedzi. – Niedawno pani robiła badania, jajniki trochę powiększone, ale wszystko poza tym w porządku”. Uspokojona wracam do domu, pakuję ostatnie rzeczy i rankiem wyruszam do Belgii.

Odkrywam nowy kraj, nowe miasto. Nigdy bym nie pomyślała, że zwiążę swoje losy z Belgią. Traktowałam ją zazwyczaj jako kraj tranzytowy wiodący do Francji.


Listopad

Ból ciągły i niewyobrażalny. Zapadam się w czeluść czegoś nieznanego. Intuicja, którą niektórzy nazywają kobiecą, podpowiada mi, że moje życie się zmieni. Myśl ta zbliża się do mnie jak pająk, który już zarzucił swoje sieci. Jestem więc ofiarą czegoś nieznanego, choroby, której nazwy jeszcze nie znam. A ona przyczaiła się we mnie i czeka na odpowiednią chwilę. Zaatakuje znienacka, kiedy poukładam w stosik wszystkie ziemskie sprawy, zamknę na klucz problemy i zacznę myśleć o przyszłości.

Dręczą mnie sny szare, pełne niepokoju, uciekających szczurów, za którymi chciałabym pobiec, ale nie mogę. W głowie kotłują się pytania. Co to wszystko oznacza? Przecież zarządziłam, że ma być lepiej, że ma być kolorowo i szczęśliwie. I z happyendem, jak w amerykańskich serialach dla dzieci.